15.7.15

wiersz o pewnym kocie (plus posłowie)

Oto wiersz o pewnym kocie,
który się lubował w złocie.
Kochał złoto od kołyski,
mleko pił ze złotej miski,
a gdy przyszła mu ochota
łapał myszy (też ze złota).
Kot się nosił po parysku,
złotą fajkę trzymał w pysku,
i z tej fajki na życzenie
puszczał kółka jak pierścienie,
szczerozłote i z diamentem!
To doprawdy niepojęte.
Kot miał złoty dom po dziadku,
który dostał kiedyś w spadku,
i samochód pozłacany
mechanicznie napędzany.
Dwa obrazy miał po mamie,
oba w pięknej złotej ramie,
było także coś po babci:
para szczerozłotych kapci.
Kot się spierał z każdym o to,
że się w życiu liczy złoto
i bez złota żyć głupota.
Takie było kredo kota.
Pewnej środy lub soboty
wzięło kota na wymioty,
dostał kaszlu i gorączki.
Ściągnął sygnet i obrączki,
schował wszystko do szuflady,
bo już był naprawdę blady,
złoty kolczyk wyjął z uszka
i położył się do łóżka.
Leżał siedem dni i nocy,
aż zawołał „Miau, pomocy!
Chcę czułości dla odmiany!"
Lecz milczały złote ściany.
Kot zrozumiał, chodzi o to,
że nie poda lekarstw złoto,
i choć się przepięknie świeci,
po lekarza nie poleci.
Tyle moich słów na blogu.
Koniec bajki (dzięki Bogu) ;).




9.7.15

summertime sadness

Istnieje pewien rodzaj specyficznego smutku, który niczym torebkę po babci, noszę ze sobą od lat. Nie wiem czy słowo smutek (o jakby nie było pejoratywnym zabarwieniu) to właściwe określenie dla tej wielowymiarowej i pięknej emocji, ale innego nie znajduję. Smutek włącza mi się zazwyczaj niespodziewanie, ostatnio np. w polskim busie na trasie Kraków - Opole. Siedzę sobie wygodnie w pluszowym fotelu regulowanym, do moich uszu po cienkim kabelku sączy się nostalgiczna white chalk PJ Harvey, białe chmurki frywolnie brykają po niebie, co chwilę zmieniając pozycje, i nagle bum, jest smutek. Ten tylko sie dowie, kto go zaznal - parafrazując wieszcza, ale muszę przyznać, że to cholernie cudowne uczucie. I lepsze niż najlepszy Louis Vuitton.




5.7.15

X


Rzeczy piękne pojawiają się zawsze dokładnie wtedy, kiedy się ich najmniej spodziewam. Czają się skubane za rogiem tak długo, jak długo trwa w mojej głowie projekcja potencjalnych scenariuszy (a proszę mi wierzyć, projekcja bywa dramatycznie szczegółowa;), by w końcu i tak spaść na mnie jak grom z jasnego nieba w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Za to je lubię :) Jedna z nich czaiła się jakiś czas temu w mojej skrzynce mailowej. Uwiła sobie przytulne gniazdko i jakby nigdy nic czekała na odpowiedni moment. Atak nastąpił późnym wieczorem, gdy zbyt zmęczona, by czegokolwiek się spodziewać usiadłam przed monitorem (usiadłam, bo nie miałam siły wstać). Wiadomość była krótka i zwięzła: Wydawnictwo X jest zainteresowane moimi rymowanymi bajkami dla dzieci. Stop. Będą w kontakcie. Stop. Kocham pisać, kocham pisać bajki, kocham pisać rymowane bajki i kocham wydawnictwo X, które jako jedno z niewielu nie rozpowszechnia mentalnego różu wśród małych ludzi (tak tak, dzieci to też ludzie :))  Nie muszę chyba pisać jak bardzo się cieszę, ale bardzo się cieszę :) Ponieważ rzeczy piękne prowadzą żywot stadny mam nieuzasadnione przeczucie, że coś jeszcze wisi w powietrzu. Coś równie pięknego... :)

Ps. autopromocja wizualna kiepska, ale nie miałam nic lepszego na podorędziu, a bez obrazka jednak mi jakoś łyso. 
Ps 2. częstotliwość wpisów staje się niepokojąco kompulsywna, za co przepraszam Tych, którzy przywykli do roomserviceowej opieszałości. W ramach zadośćuczynienia rzecz piękna do posłuchania KLIK
EDIT: wizerunkowa schizofrenia mi nie służy, więc obrazka jednak nie będzie.

3.7.15

przyjemny ból istnienia


Korzystając z letnich wyprzedaży i faktu, że jestem kobietą (marne usprawiedliwienie dla wywalania kasy ale zawsze coś), zamówiłam przez Internet szpilki. Zakupy były spontaniczne i całkowicie przypadkowe (niemalże samo mi się kliknęło „kup teraz”), ale nie powiem żeby nie było przyjemnie.  Zastanawiam się jaki cel przyświecał mi podczas nabywania butów na obcasie wysokim jak Marcin Gortat (jakiś musiał) i dochodzę do wniosku, że dawno nie bolały mnie nogi, mam za dużo miejsca w szafie, a poza tym one są takie piękne! To by było na tyle, dziękuję za uwagę.


30.6.15

samo zło

Dziś bez obrazka, post zainspirowany leniwym popołudniem i twórczością Jakobe Mansztajna.

Siedzę na Kazimierzu* zatopiona w melancholii głębokiej jak dekolt Pameli Anderson. Słońce rozgrzewa mnie od zewnątrz (bo to knajpiany ogródek), zielona herbata od wewnątrz, wiatr rozwiewa moje długie jedwabiste włosy (dobra, trochę przegięłam;), jest git. Czytam bloga pewnego Poety. Odkryłam go niedawno, choć  jest już dość stary (blog, nie Poeta). Poeta jest młody, nawet młodszy ode mnie (o co w sumie nie tak trudno, mam 37 lat, a w tej sytuacji starszy może być już tylko toruński piernik albo Dąb Bartek). No więc siedzę, czytam, czasami chichram  się jak głupia sama do siebie (bo Poeta jest zabawnym człowiekiem i nie stroni od soczystej ironii), czasami najdzie mnie jakaś refleksja, np. taka, że to wspaniale, że na świecie żyją mężczyźni o tak ogromnym ładunku wysokogatunkowej wrażliwości. Właściwość deficytowa, i to w obrębie obu płci.  Sielankę przerywa damski baryton ze stolika obok. Baryton ma metr sześćdziesiąt (na oko), modne sandały, komórkę przyklejoną do ucha i dizajnerskiego laptopa rozłożonego na stole niczym wenecki wachlarz. Chcąc nie chcąc (nie chcę), muszę przyjąć do wiadomości, że: a) pan Wiesiek musi się wyrobić z … (tu pada dziwne branżowe słowo, nie wiem co oznacza) do jutra, bo baryton pojutrze rano leci na Majorkę (oczywiście będzie miał ze sobą laptopa, ale woli, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik), b) szykuje się event, jest deadline, będzie fakap więc trzeba ogarnąć target na asap, c) właśnie przyjechały torby (wtf?) d) baryton nie pamięta pinu, w związku z czym nie ma jak zapłacić za lunch, ale może pani przyniesie terminal, to coś się pomyśli i może kilka cyferek się przypomni. Na Rany Chrystusa! (że zacytuję mojego, chyba zbyt często cytowanego tutaj, brata) – gdyby Poeta nie żył (czego mu oczywiście w żadnym razie nie życzę, a wręcz przeciwnie), na bank przewróciłby się w grobie. Korporacyjny wujek samo zło czai się wszędzie, wychodzi poza szklane ściany i bez pardonu wdziera się do knajpianych ogródków, atakuje niewinnych ludzi, którzy chcą w samotności poobcować z kulturą słowa i filiżanką lurowatej herbaty. Dokąd zmierza ten świat? ;)

*mam na myśli tylko i wyłącznie dzielnicę Krakowa :)
Ps. coś ładnego na deser KLIK

22.6.15

babski wypad do pragi




Tytułem komentarza dodam tylko, że Praga, długie babskie rozmowy, całodniowe łażenie i tajskie żarcie to zestaw idealny. Mam nadzieję, że knedliczki nie poczuły się urażone  ;) Ps. Po lewej ja. Po prawej D.

9.6.15

esterka

Była sobie kiedyś wesoła blogerka,
której matka dała na imię Esterka.
Esterka nosiła potargane włosie,
miała kolczyk w uchu oraz muchy w nosie.
Jadła tylko jarmuż albo wodorosty,
a gdy się nudziła smarowała posty.
Pierwszy post był o tym, że ją boli głowa,
drugi, że na wczasy jedzie do Darłowa.
W trzecim tłumaczyła zawzięcie choć mgliście,
jak kanapkę z serem zrobić osobiście.
Czwarty post był o tym, że jej wciąż doskwiera
nieudany zakup ważnego bronzera.
(Esterkę dosłownie trafiała cholera,
bo bronzer jej śmierdział, a był od Chanela!)
Piąty post był o tym że brak jej natchnienia,
w szóstym przepraszała, że ma ciągle lenia.
W siódmym wystąpiły doniczkowe kwiaty,
w ósmym wyjawiła, ze ma dom na raty.
Dziewiąty był krótki lecz miał dobre zdjęcia,
(Esterka buchnęła aparat od zięcia.)
Post z numerem dziesięć – ogrodowy spisek,
wbrew planom Esterki nie zakwitł irysek!
W jedenastym poście było bardzo smutno,
pociąg ze Świdnicy pojechał przez Kutno.
Post numer dwanaście miał najwięcej fanów,
w Żabce u Esterki zabrakło bananów!
Była sobie kiedyś wesoła blogerka,
której matka dała na imię Esterka.
Zapomniała jednak powiadomić córę,
żeby lepiej milczeć, niż smarować bzdurę ;)

Ps. Ponieważ chcę oszczędzić Drogiemu Czytelnikowi esterkowych wrażeń pozwolę sobie wpadać tu rzadko, ale treściwie. Niemniej dziękuję za Wasze odwiedziny (podglądam statystyki ;). Pozdrawiam cieplutko!