13.8.14

poezja sanitarna

Porządkując foldery ze zdjęciami natrafiłam na zapomniany kadr, wykradziony z pewnej łazienki, w pewnym małym włoskim miasteczku. Delikatne marmurowe żyłki pną się po śnieżnobiałych ścianach, otwarte okiennice wpuszczają gęste smugi światła gdzieniegdzie przefiltrowane cienkim splotem bawełnianych firanek, jasność dnia przegląda się w porcelanowej umywalce. Piękny widok prawda ? :)).


10.8.14

widzenie rzeczy

Projekt Le wydrukowany i oprawiony w ramkę. Kurczak skubie sobie trawkę (a konkretnie rozmaryn) i chociaż sadness to sadness, więc można by go podejrzewać o kurzą deprechę i drobiowy bezsens życia, to jednak prezentuje się całkiem przyjemnie i wesoło. No, przynajmniej takie odnoszę wrażenie. I nie tylko w odniesieniu do Le. Tak w ogóle zdaje mi się, że rzeczy nie są takie, jakie są, ale takie, jakimi je widzimy. Banał, frazes, może ... Ale jeśli to, co jeszcze wczoraj wydawało mi się przysłowiową czarną dziurą (wersja poprawna politycznie ;)) bez wyjścia, dziś postrzegam jako wyzwanie (do tego nawet przyjemne), to banał przestaje być banałem. Nic się nie zmieniło, ten sam stół, ta sama szklanka, tyle że wczoraj od połowy pusta, dziś do połowy pełna. Zabawne nie? Wystarczyła rozmowa, mała zmiana perspektywy i czary mary, świat zrobił się różowy. No prawie, wiadomo, że róż dla równowagi potrzebuje szarości ;) Podoba mi się doświadczanie tego na własnej skórze, zastanawiam się czy da się regularnie ćwiczyć wzrok w dostrzeganiu nowych punktów widzenia, bo jeśli tak to na pewno się zapiszę :). Środy i piątki joga, poniedziałki widzenie rzeczy inaczej ;) Ktoś się przyłącza? ;)





Ps. Wróciła taca. Tutaj również nastąpiła zmiana punktu widzenia i po okresie tacowego buntu wracam do korzeni. Room service to room service, nic nie odda tego lepiej :) Przy okazji zmieniłam też czcionkę, delikatniejsze i bardziej okrągłe literki wydawały mi się lepiej wpisywać w całokształt. Poza tym hmmm może po prostu złagodniałam? :) Mam nadzieję, że to dobry wybór i oko Czytelnika nie odczuje żadnego dyskomfortu.

5.8.14

DIY

Nie jestem fanką biżuterii, noszę tylko zegarek i małe kolczyki - niewidki, ale jeśli zapragnęłabym wrzucić na siebie coś więcej, byłyby to rzeczy małe i  proste. Minimalistyczną, subtelną biżuterię trudno znaleźć (największy wybór mają na pintereście ;), a jeśli już się uda, to kosztuje zazwyczaj sporo. Poza tym, ten, kto tak jak ja dał się nabić w puszkę Pandory i zaangażował całą rodzinę w kompletowanie bransoletki, która teraz spoczywa w pokoju (dosłownie i w przenośni), sto razy pomyśli, zanim kupi kolejne świecidełka. No chyba, że podejdzie do tematu niekonwencjonalnie i zacznie szukać inspiracji w znacznie tańszej branży, np. meblowej ... A teraz do rzeczy: kółeczka oraz "cylindry", które widać na zdjęciu to mosiężne podkładki i części zawiasów, używane do wyrobu mebli. Dostrzegłam w nich biżuteryjny potencjał i postanowiłam trochę poeksperymentować. To drugi taki wybryk, po fazie hydraulicznej KLIK , efekt oceńcie sami. P.s. w planach są też kolczyki :)




30.7.14

lampa story

Puk, puk jest tam ktoś? Może już nikogo nie być, w końcu zamknęłam drzwi na klucz i sobie poszłam. Wracam z ekologiczną lampą, kilkoma przemyśleniami i nadzieją, że jeszcze tu czasem zaglądacie. Papierowa masa na sznurku w końcu zwisa z sufitu i cieszy oczy surową fakturą. Kvadrat Meble zrobił kawał naprawdę dobrej roboty :) Dziękuję Ci Agnieszko :). Lampa zostanie ze mną na długo, czuję to w kościach. Jest jak wielki parasol, pod którym można się schować siedząc przy stole, to mi się w niej chyba najbardziej podoba. Oprócz tego jest cudownie nieidealna, nierówna, nieugładzona i niesforna. I śmierdzi :) Tak, tak to nie żarty, mieszanka makulatury i kleju posiada specyficzny zapaszek, który będzie się rozchodził po pokoju jeszcze przez jakiś czas, no przynajmniej do momentu gdy mu się znudzi. Lampa zwisa, a ja zastanawiam się co teraz. Jaki będzie następny zakup, co jeszcze wymyślę żeby było ładniej, przyjemniej, ciekawiej. I chyba wiem co zrobić. Trzeba przeprowadzić mały remanent, tyle że we własnym wnętrzu, taką autoinwentaryzację. Pozwolić sobie na szczerość z samym sobą (co jest bardzo trudne), a potem po prostu działać. Wtedy będzie ładniej, przyjemniej i ciekawiej nawet bez nowej lampy :) Takie remonty własnego wnętrza najlepiej rozpoczynać gdzieś daleko, one potrzebują dystansu. Mój dystans wyniósł jakieś 300 kilometrów, a moje "gdzieś daleko" oznaczało Wrocław, do którego wybrałam się kilka dni temu z koleżanką na festiwal filmowy "Nowe horyzonty". I chociaż znamy się bardzo krótko, hostel okazał się zapyziałą norą bez osobnej łazienki, a niszowe filmy czasami zbyt niszowe by móc je zrozumieć, takie babskie oderwanie od dość hermetycznej rzeczywistości było jedną z moich najlepszych "wnętrzarskich" inwestycji. Z wrocławskiej perspektywy dostrzegam, że przyjaźń nie zawsze potrzebuje czasu, a piękne chwile odpowiedniego wystroju i osobnej łazienki. I że najtrudniej urządza się własne wnętrze, porządkuje sprawy sprytnie poupychane po kątach i pokryte grubą warstewką kurzu. Chyba najwyższy czas odważnie chwycić za miotłę i zabrać się w końcu za gruntowne porządki. Co o tym myślicie? :)




17.7.14

LE

Le. Proza życia, ludzkie sprawy i kurczak. Jeszcze cieplutkie, jeszcze świeżutkie. Jeszcze nawet nie puszczone do druku. Dlaczego Le? Bo brzmi krótko i przyjemnie. I bezpretensjonalnie. I jest po francusku. I nadaje się na tytuł całej serii. Dlaczego kurczak? Bez powodu. A może dlatego, że ma ergonomiczną sportową sylwetkę, która musi sprostać wszystkim tematycznym wyzwaniom? Żeby oddać głębokie emocje  trzeba mieć elastyczne ciało. Ten drób takie ma. Smutek, wakacje i nordic walking to dopiero początek kurzej przygody, teraz bacznie obserwuję świat i czekam na kolejne inspiracje. Do wizualizacji wykorzystałam zdjęcia wnętrz z pinterest.com, jak tylko wydrukuję moje Le obrazki i postawię je w jakimś sensownym miejscu zrobię własne zdjęcia. Może nawet na tle nowej lampy, na którą wciąż z utęsknieniem czekam :) Życzę miłego wieczoru i .... au revoir (jakby to powiedział kurczak).





15.7.14

big city life

Lato i miasto to dwa zupełnie niekompatybilne pojęcia. Coś w tym zestawieniu zgrzyta i już. Wieś, góry i Mazury to co innego, te komponują się z latem jak ser z keczupem. Bezbłędnie. Zastanawiam się czy można jakoś bezkolizyjnie połączyć lato z miastem, no wiecie, żeby obeszło się bez tego pejoratywnego posmaczku, który na hasło "lato w mieście" zawsze pojawia się w ustach. Niestety od razu przypomina mi się coroczna wakacyjna akcja "przeciąg" organizowana w pojazdach komunikacji miejskiej. Wietrzenie niektórych pasażerów ma oczywiście swoje dobre strony, ale dlaczego wrażliwy nos trzeba przepłacać bolącym gardłem? Przeciąg, miękki asfalt i zdechłe czereśnie z warzywniaka nie mają szans w zestawieniu z górskim powietrzem, odgłosem strumyczka i stokrotkami z własnego ogródka. Ale czy mieszkaniec uroczej górskiej miejscowości o północy wybierze się na Kazimierz, obejrzeć cudowny koncert (bo akurat trwa festiwal kultury żydowskiej)? Czy skusi się na jogę trzy razy w tygodniu (bo się okazało, że zamiast biegania woli jednak jogę i właśnie w lipcu zrobili zajęcia dla początkujących:)? Czy mieszkając na pięknej polskiej wsi można sobie bezkarnie podziwiać plakaty do filmów Wajdy i artystyczne tekstylia Kantora? ;) Nie. Tyle w temacie lata w mieście, gdybym jeszcze kiedyś zatęskniła za jabłkiem z własnego sadu albo narzekała na wredny upał lub nieludzko podkręconą klimatyzację, z chęcią przeczytam sobie ten post ;).





8.7.14

ECO

Kilka weekendów temu wybrałam się na krakowski Festiwal Wnętrz, podziwiać polski design. I tam była ONA. Szara, chropowata i rozłożysta, prosta w formie, ekologiczna i śliczna. Dyndała sobie na drugim albo nawet trzecim planie beztrosko i nienachalnie. Lampa moich marzeń - pomyślałam (zawsze tak myślę, aż do momentu gdy spodoba mi się coś innego ;) i od tej pory już wiedziałam na co mam wydać kasę ;). Pozwólcie, że przemilczę zdarzenia, które nastąpiły potem i od razu przejdę do najprzyjemniejszej części tej historii: marzenia się spełniły :). Niestety z przyczyn niespodziewanych przez najbliższy tydzień lampa fizycznie u mnie nie zawiśnie (producent w osobie przemiłej Pani Agnieszki musi jeszcze coś tam pomajstrować w organicznej materii), ale jak tylko zawiśnie to pokażę. Dziś tylko małe zajawki, niezbite dowody na to że polski dizajn = naturalne materiały + minimalistyczne formy + świeże pomysły. A jeśli już jestem przy materiałach to pozwólcie, że pozachwycam się H&M'owską organiczną bawełną z serii Conscious. Uwielbiam ją i noszę tego lata w czterech odsłonach - w większości białych :) Fajnie mieć na sobie przewiewne, oddychające ciuchy powstałe w "ekologicznym procesie produkcji i na prospołecznych zasadach fair trade"*. No i do tego ładne :).

* źródło: H&M